Dodatki Chemiczne w Żywności: Kompletny Przewodnik po E-numerach, Zdrowiu i Bezpieczeństwie
Moja walka z chemią w jedzeniu: jak E-numery zmieniły moje zakupy na zawsze
Pamiętam ten dzień jak dziś. Zwykłe zakupy w supermarkecie, lista w ręku, dwójka marudzących dzieci w wózku. Chciałam kupić zwykły serek waniliowy. Sięgnęłam po pierwszy z brzegu, odwróciłam opakowanie i… zamarłam. Skład ciągnął się przez pół etykiety. Syrop glukozowo-fruktozowy, skrobia modyfikowana, karagen, guma guar, aromat. Aromat czego? Chyba tablicy Mendelejewa. Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że jedzenie, które kupuję dla mojej rodziny, to skomplikowana układanka, w której coraz trudniej znaleźć prawdziwe jedzenie. To był początek mojej cichej wojny, której celem było zrozumienie, czym tak naprawdę są te wszystkie tajemnicze dodatki chemiczne w żywności.
To uczucie bezradności w alejce sklepowej było straszne. Czułam się oszukana. Chciałam tylko kupić jedzenie, a nie produkt żywnopodobny. Zaczęłam się zastanawiać, czy jestem jedyna, która ma z tym problem? Szybka ankieta wśród znajomych mam i okazało się, że nie. Każda z nas miała podobne wątpliwości, ale nikt tak naprawdę nie wiedział, od czego zacząć. Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce.
Co właściwie kryje się pod tymi wszystkimi E?
Moja pierwsza misja: rozszyfrować te nieszczęsne E-numery. Na początku myślałam, że każde „E” na etykiecie to zło wcielone. Okazało się, że to nie do końca tak. Litera „E” oznacza, że dana substancja została dopuszczona do użytku w Unii Europejskiej, czyli przeszła jakieś testy. No dobrze, ale co to za substancje? Zaczęłam je dzielić na kategorie, tak po swojemu, żeby to jakoś ogarnąć.
Pierwsza grupa to konserwanty. To one sprawiają, że wędlina może leżeć w lodówce dwa tygodnie i nic jej nie jest. Niby super, ale potem czytasz o azotanach i azotynach (E249-E252) i ich potencjalnym związku z nowotworami, i już nie jest tak wesoło. Potem są barwniki. Ach, te piękne, intensywne kolory żelków, napojów, a nawet wędlin. Wszystko po to, by jedzenie wyglądało apetyczniej. Tylko że niektóre z nich, zwłaszcza te syntetyczne, są na cenzurowanym, szczególnie jeśli chodzi o dzieci. Następne na mojej liście były wzmacniacze smaku, z osławionym glutaminianem sodu (E621) na czele. To dzięki niemu chipsy i zupki w proszku tak uzależniają. Niestety, u wielu osób powodują bóle głowy i inne nieprzyjemne dolegliwości. To tylko wierzchołek góry lodowej. Są jeszcze emulgatory, stabilizatory, słodziki… Długo by wymieniać. Wszystkie te dodatki chemiczne w żywności mają swoje zadanie, ale czy na pewno są nam potrzebne?
Dlaczego oni nam to w ogóle robią?
Zawsze mnie zastanawiało, po co to wszystko. Odpowiedź jest, niestety, dość prosta i brutalna: dla pieniędzy i wygody. Producentom żywności na masową skalę po prostu się to opłaca. Dodatki chemiczne w żywności pozwalają obniżyć koszty produkcji, wydłużyć termin przydatności do spożycia (co zmniejsza straty) i ustandaryzować produkt. Każdy jogurt truskawkowy ma smakować identycznie, niezależnie od tego, czy truskawki w danym sezonie były słodkie, czy kwaśne. To także potężne narzędzie marketingowe. Jaskrawo pomarańczowy napój sprzeda się lepiej niż jego blady, naturalny odpowiednik. Konsument kupuje oczami, a producenci doskonale o tym wiedzą, dlatego tak chętnie stosują dodatki chemiczne w żywności.
To jest system, który sam się nakręca. My chcemy tanio, szybko i ładnie, a przemysł nam to daje, tylko że cena, którą płacimy, nie zawsze jest widoczna na paragonie. Czasem płacimy za to naszym zdrowiem.
Czy to naprawdę jest takie szkodliwe? Moje doświadczenia i obawy
No właśnie, dochodzimy do kluczowego pytania: czy dodatki chemiczne w żywności są szkodliwe? Oficjalnie większość z nich jest uznawana za bezpieczne w określonych dawkach. Ale ja mam co do tego poważne wątpliwości. Moja młodsza córka od małego miała problemy skórne. Ciągłe wysypki, swędzenie, sucha skóra. Lekarze przepisywali kolejne maści, mówili, że „taka jej uroda”, sugerowali alergię. Robiliśmy testy, eliminowaliśmy potencjalne alergeny w żywności jak mleko czy orzechy, ale poprawa była niewielka. W końcu, zdesperowana, postanowiłam zrobić eksperyment i przez miesiąc gotować absolutnie wszystko od zera, eliminując żywność przetworzoną. To był trudny miesiąc, nie ukrywam. Ale po trzech tygodniach skóra mojej córki zaczęła się uspokajać. Po raz pierwszy od miesięcy przestała się drapać w nocy. To był dla mnie dowód. Temat dodatki chemiczne w żywności a zdrowa skóra stał się dla mnie osobistym polem bitwy.
Podobną historię opowiedziała mi koleżanka, której syn miał diagnozę ADHD. Był nadpobudliwy, miał problemy z koncentracją. Przeczytała o badaniach łączących niektóre barwniki syntetyczne z nadaktywnością u dzieci (tzw. „szóstka z Southampton”) i postanowiła je wyeliminować z diety syna. Efekty przeszły jej najśmielsze oczekiwania. Oczywiście, to nie jest tak, że wszystkie dodatki chemiczne w żywności to trucizna. Ale coraz więcej wskazuje na to, że ich kumulacja w organizmie, zwłaszcza młodym, może siać spustoszenie. Pytanie o to, jakie dodatki chemiczne w żywności powodują alergie i inne problemy, wciąż pozostaje otwarte, bo reakcje bywają bardzo indywidualne.
Warto też zwrócić uwagę na wpływ konserwantów na organizm człowieka. Te wspomniane azotany, powszechnie stosowane w przetworach mięsnych, w naszym organizmie mogą przekształcać się w nitrozoaminy, które są uznawane za rakotwórcze. Oczywiście, nikt nie umrze od zjedzenia jednej parówki, ale jeśli takie produkty są podstawą diety, ryzyko rośnie. Dlatego tak ważne jest, aby wiedzieć, jak unikać dodatków chemicznych w żywności na co dzień.
Ktoś w ogóle nad tym panuje?
W teorii tak. Mamy w Europie Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA), a w Polsce Główny Inspektorat Sanitarny. To one oceniają, testują i dopuszczają dodatki chemiczne w żywności do użytku. Ustalają tzw. ADI (Acceptable Daily Intake), czyli dopuszczalne dzienne spożycie danej substancji. Problem w tym, że te normy ustalane są dla każdej substancji osobno. Nikt nie bada, jak na nasz organizm wpływa koktajl złożony z dwudziestu różnych dodatków, które zjadamy w ciągu jednego dnia. A przecież właśnie tak wygląda dieta wielu z nas, oparta na żywności wysoko przetworzonej. To trochę jak uspokajanie pasażerów Titanica, że ich kabina jest szczelna. Fajnie, ale co z tego, skoro cały statek tonie?
Jak odzyskać kontrolę nad tym, co jemy
Po moim małym śledztwie i domowym eksperymencie wiedziałam jedno: muszę coś zmienić. Nie chciałam już być biernym konsumentem. Chciałam świadomie wybierać to, co ląduje na talerzach mojej rodziny. Oto kilka zasad, które wprowadziłam i które naprawdę działają:
Po pierwsze, stałam się detektywem etykiet. Czytanie składu stało się moim nawykiem. Zasada jest prosta: im krótsza lista składników, tym lepiej. Jeśli nie rozumiem jakiejś nazwy, odkładam produkt na półkę. Unikam tych, które na liście mają syrop glukozowo-fruktozowy, utwardzone tłuszcze roślinne i długą listę E-numerów, zwłaszcza tych z mojej osobistej „czarnej listy”. Najgorsze są zazwyczaj najczęstsze dodatki chemiczne w przetworzonej żywności – gotowych daniach, słodyczach, napojach.
Po drugie, wróciłam do gotowania. To daje stuprocentową kontrolę nad tym, co jemy. Wiem, że to wymaga czasu, ale zdrowie mojej rodziny jest tego warte. Zamiast kupować gotowe sosy, robię je sama ze świeżych pomidorów i ziół. Zamiast słodzonych płatków, gotuję owsiankę z owocami. Na początku cała ta chemia to była dla mnie czarna magia. Pamiętam, że znalazłam w sieci fajny poradnik o podstawach chemii, który pomógł mi zrozumieć, o co w ogóle chodzi z tymi wszystkimi związkami.
Po trzecie, świadome zakupy. Zaczęłam wybierać produkty lokalne, sezonowe, najmniej przetworzone. Warzywa, owoce, kasze, dobrej jakości mięso i ryby stały się podstawą naszej diety. Oczywiście, nie popadłam w skrajność. Czasem zdarza nam się zjeść coś „śmieciowego”, ale teraz to wyjątek, a nie reguła.
Nie dajmy się zwariować, czyli o równowadze
Na początku mojej drogi byłam trochę jak neofita. Chciałam wyrzucić z domu wszystko, co miało w składzie cokolwiek podejrzanego. Z czasem zrozumiałam, że nie tędy droga. Panika i obsesja nie są zdrowe. Okazało się, że wiele E-numerów jest zupełnie nieszkodliwych, a nawet pożytecznych. E300 to witamina C, E330 to kwasek cytrynowy, a E162 to barwnik z buraka. Kluczem jest wiedza i umiar. Trzeba nauczyć się odróżniać te potencjalnie szkodliwe dodatki chemiczne w żywności od tych neutralnych.
Zasada „dawka czyni truciznę” jest tu niezwykle ważna. Jednorazowe zjedzenie produktu z kontrowersyjnym dodatkiem nas nie zabije. Problem pojawia się, gdy takie produkty jemy regularnie, dzień w dzień. Wtedy te małe dawki się kumulują i mogą zacząć szkodzić.
Moja nowa normalność w kuchni
Dziś moje zakupy wyglądają zupełnie inaczej. Trwają dłużej, bo czytam etykiety, ale wracam do domu z koszykiem pełnym produktów, do których mam zaufanie. Moja kuchnia pachnie ziołami i prawdziwym jedzeniem, a nie chemicznymi aromatami. Co najważniejsze, moje dzieci są zdrowsze, mają więcej energii, a problemy skórne córki zniknęły. Ta zmiana wymagała wysiłku, ale była to najlepsza inwestycja w zdrowie mojej rodziny. Nie chodzi o to, by całkowicie wyeliminować dodatki chemiczne w żywności z życia, bo to w dzisiejszym świecie niemal niemożliwe. Chodzi o to, by odzyskać świadomość i dokonywać lepszych wyborów, każdego dnia.







